Coś dla miłośników meteorytyki! — chciałoby się powiedzieć po zapoznaniu z tytułem. Ale już stopka wydawnicza nasuwa wątpliwości: meteoryty w PIW-ie? Pobieżne zaś przekartkowanie minipowieści historycznej współczesnego poety i prozaika estońskiego wątpliwości te potwierdza. Jeśli mimo to zdecydowałem się powyższą książkę na łamach Uranii miłośnikom astronomii przedstawić, spowodowane jest to naturalnym wpleceniem meteorytów przez autora w tok może nie tyle akcji (która jest nikła) ile narracji monologowej jednego z trojga bohaterów, estońskiego działacza oświeceniowego, Ottona Willema Masinga. Nie ma ostatecznie zbyt wielu utworów literatury pięknej, przez których kartki przewijają się meteoryty. (Nawiasem mówiąc, znam tylko jeden taki
utwór, wydaną w 1930 r. powieść Ernsta Penzoldta „Die Powenzbande” — obraz środowiska małomiasteczkowego. Bohater jej, Baltus Powenz, ponosi śmierć od spadającego meteoru; dzięki tak niezwykłym okolicznościom śmierci tworzy się wokół niego legenda).1
Książka przedstawia epizod z życia Masinga, który na jej kartach prowadzi badania odłamków meteorytu, jaki w latach dwudziestych ubiegłego stulecia spadł w Estonii (Trudno mi w tej chwili, nie mając pod ręką zestawienia znanych spadków, coś bliższego na ten temat powiedzieć). Masing obserwuje ziarnistą strukturę odłamków, rozpuszcza je w kwasie siarkowym, wyznacza ich ciężar właściwy, stwierdza, że jest on większy niż ciężar właściwy granitu, wreszcie porównuje uzyskane przez siebie wyniki z danymi odnoszącymi się do spadku meteorytów we Włoszech. Na tle tych czynności i związanych z nimi rozważań toczy się monolog wewnętrzny Masinga, autor ukazuje świat jego przeżyć, przybliża nam tego erudytę i publicystę. Równolegle biegnące monologi wewnętrzne dwóch pozostałych postaci, pani Masing i poety Petersohna, ukazują nam ich tak odmienne od Masinga osobowości. Nie ma przesady w stwierdzeniu na obwolucie książki, że „czytelnik również przenosi się w minioną epokę i zaczyna żyć życiem ówczesnych ludzi”.
Urania nie jest jednak czasopismem literackim, zostawmy więc te rozważania i powróćmy do meteorytów. Aż na 22 stronach (spośród łącznej liczby 132 stron, zawierających tekst powieści) znajdują się zdania, związane z badaniem odłamków przez Masinga, a także z okolicznościami spadku meteorytu. Objętościowo nie ma tego zbyt wiele: raz jest cała strona, czterokrotnie od pół do dwóch trzecich strony, na pozostałych stronach — od paru do kilkunastu wierszy. W sumie — ok. 4% objętości książki obejmuje tematyka meteorytowa. Wstrzymam się od oceny, czy to dużo czy mało, dobrze czy źle. Nie zakończę też recenzji jednoznacznym zaleceniem, by entuzjaści meteorytyki zakupili książkę Krossa do swych księgozbiorów. Niech potraktują tę notkę i jako zachętę (coś o meteorytach, wnikliwa charakterystyka postaci i inne zalety literackie) i jako ostrzeżenie (tak mało o meteorytach!, minipowieść z mini-akcją itp.). Jak kto woli!
| Copyright © „Urania — Postępy Astronomii” webmaster: Marek Gołębiewski |
|