|
|
|
|
Jak zostałem astronomem?
(O studiach astronomicznych przed pół wiekiem)
Konrad Rudnicki
|
| |
| |
Konrad Rudnicki piastujący lwa na łonie. Rok 1936. W tym czasie opracowywał metodę pomiaru odległości Księżyca od Ziemi
|
|
Kiedy się zostaje astronomem? Czy od chwili otrzymania dyplomu uniwersyteckiego? Czy od pierwszej publikacji? Czy od
pierwszego poważnego spojrzenia na niebo? Można dyskutować…
Od kiedy ja jestem astronomem? Chyba byłem nim od zawsze. Moi rodzice opowiadali, że mając cztery lata, na pytanie kim będę, odpowiadałem już nieodmiennie — astronomem. Mój brat Kazimierz, zmarły przed moim urodzeniem, pozostawił po sobie lunetę ze starego niwelatora, atlasik astronomiczny M.Arcta i kilka nakreślonych
własnoręcznie mapek nieba. Dużo w domu opowiadano o bracie, jaki był mądry, zdolny i dobry. Moim nieśmiałym marzeniem było dorównać bratu. Odnosiłem się z szacunkiem
do pozostawionych przez niego książek, instrumentów i notatek. Czułem się szczęśliwy, gdy w miarę jak rosłem, coraz więcej pozwalano mi z nich korzystać.
Moją pierwszą pracą astronomiczną było opracowanie metody pomiarów odległości Księżyca od Ziemi. Lunetka mego brata miała wyciąg okularowy z zębatką. Zauważyłem, że inaczej trzeba wysunąć okular do oglądania ściany pokoju, inaczej — sąsiedniego domu. Postanowiłem więc wykreślić eksperymentalnie przy zębatce podzia łkę odległości, ekstrapolować ją, nastawić ostro na Księżyc i odczytać odległość. Niestety z ekstrapolacją były kłopoty. Nastawienia na odległą
stodołę i na szczyt dalekiej góry niczym się od siebie nie różniły. Odległości Księżyca od Ziemi nie zmierzyłem, ale zrozumiałem, co znaczy „ogniskować na nieskończoność”.
Była wojna. Przenieśliśmy się na stałe z Warszawy do Sulejowa nad Pilicą. Materiał kolejnych klas gimnazjum i liceum zdawałem jako ekstern na kompletach tajnego nauczania w pobliskim Piotrkowie Trybunalskim. Pamiętam, jak w czasie egzaminu
z kolejnej klasy do pokoju wszedł niespodziewanie zakwaterowany właśnie w tym domu oficer niemiecki. Sytuacja była niebezpieczna. Rozłożona przede mną praca pisemna nie pozostawia ła wątpliwości co do charakteru mojej wizyty. Profesorka, w pełni opanowana, powiedziała nieomal prawdę: „To mój prywatny uczeń”. Wojskowy się uśmiechnął, skłonił i wyszedł. Uznał sytuację za normalną. Frontowy
oficer nie orientował się w warunkach panujących w Generalnej Guberni. Gorszych wpadek nie było.
Wraz z czworgiem rodzeństwa Wójcików założyliśmy instytucję nazwaną szumnie — od dzielnicy Sulejowa gdzie stał ich dom — Obserwatorium
Astronomicznym na Dobrej Wodzie. Łącznie obserwatorów było około dziesięcioro.
To obserwatorium było chyba prawdziwe, bo wychowało dwóch profesorów astronomii i dwóch innych pracowników badawczych1. Nasze obserwacje robione bez żadnych instrukcji nie miały najmniejszego znaczenia naukowego, ale udało się nam wyznaczyć okresy obiegów galileuszowych księżyców Jowisza, obliczyć dla nich efemerydy i stwierdzić ich poprawność. Odnotowaliśmy to dumnie w wydawanej i rozpowszechnianej przez nas co miesiąc gazetce astronomicznej. Za tę gazetkę można się było dostać do obozu koncentracyjnego. Ale to byłby powód drobny. Istniały ważniejsze. Pracowaliśmy wszyscy również w poważnej konspiracji, każdy w innej. Od zimy 1943/44 wypadło nam zapomnieć o obserwacjach. Powołano nas do oddziałów partyzanckich naszych organizacji. Z braci Wójcików jednego do Armii Krajowej, drugiego — do Batalionów Chłopskich, a mnie — do Gwardii Ludowej.
W lutym 1945 r. mój oddział partyzancki rozwiązano. Uniknąłem dalszej służby wojskowej. Zdołałem szybko uzupełnić brakujące egzaminy i otrzymać jeszcze w czasie trwającej wojny Świadectwo równoznaczne ze świadectwem dojrzałości wystawione przez Państwową Komisję Weryfikacyjną do legalizacji wyników tajnego nauczania w Piotrkowie Trybunalskim.
We wrześniu tegoż roku Uniwersytet Warszawski ogłosił zapisy na kolejny (tym razem legalny) rok akademicki. Zapisałem się na Wydział Matematyczno-Przyrodniczy, kierunek astronomia i czekałem egzaminu konkursowego. Chętnych na ten kierunek
było troje2 . Zostaliśmy przyjęci nie tylko bez konkursowego, ale w ogóle bez żadnego egzaminu. Zaczęły się studia w ocalałym budynku fizyki przy ulicy Hożej 69, gdzie znalazły schronienie również matematyka i astronomia. Sale były z początku ciasne i nieopalane, czasem miejsca siedzące bez pulpitów lub stołów do
pisania, czasem nawet miejsce tylko stojące. Ale cieszyło piękno wielkiej nauki, bo zgodnie z przedwojennymi zasadami podstawowe przedmioty prowadzili wybitni naukowcy. Młodszych pracowników oprócz prowadzenia ćwiczeń dopuszczano w zasadzie
tylko do wykładów specjalistycznych i monograficznych dla dalszych lat. Dopiero dziś zdaję sobie sprawę, jak wielkim darem było to obcowanie od samego początku studiów z wielkimi ludźmi. Weźmy taką matematykę. Dla pierwszego roku analizę matematyczną wykładał Kazimierz Kuratowski, geometrię analityczną — Karol
Borsuk, a algebrę wyższą sam Wacław Sierpiński (jest obecnie krater na Księżycu jego imienia!). Studenci astronomii i fizyki słuchali wykładów matematycznych
tych samych co studenci matematyki. Podobnie matematycy słuchali fizyki doświadczalnej wykładanej przez Aleksandra Jabłońskiego, a potem przez Stefana Pieńkowskiego dla fizyków. Nie było jakiejś „astronomii dla fizyków”, „fizyki dla matematyków” czy „matematyki dla astronomów”.
Były wykłady prawdziwej astronomii, fizyki i matematyki. Co najwyżej istniał zróżnicowany spis działów wymaganych przy egzaminie. Bywały z tym pomyłki. Logiki matematycznej słuchałem u Andrzeja Mostowskiego (tego przedwojennego) i chodziłem amatorsko przez cały rok na wykłady i ćwiczenia, choć jako astronoma obowiązywał mnie egzamin tylko z pierwszej części. Z tej też części przygotowałem się do zdawania. Profesor widujący mnie na wszystkich wykładach i ćwiczeniach, choć wiedział, że studiuję astronomię, odruchowo zadał mi dwa pytania z drugiej części.
Zwrócić mu uwagę, że pyta mnie spoza programu, byłoby dla mnie poniżające. W wyniku przyjąłem z honorem ocenę tylko dobrą.
Wskutek takiego ułożenia wykładów, nie było wyraźnego podziału na kierunki studiów, studenci matematyki, fizyki i astronomii stanowili jedną zwartą grupę. Razem było nas około setki. Maleńka grupka astronomów nie czuła się odosobniona wśród znacznie liczniejszej populacji matematyków i fizyków. Wszyscy się znali. Na
pierwszym roku studiów różnice w wyborze wykładów były niewielkie. Zróżnicowany za to był wiek studentów. Większość stanowili maturzyści z tajnego nauczania, ale byli też maturzyści przedwojenni. Studenci tajnego uniwersytetu i przedwojenni stanowili tak zwany wówczas jeden całkiem pomieszany „rok starszy”. I oni dopełniali niektóre brakujące im wykłady lub ćwiczenia wraz z rokiem pierwszym. Byliśmy wszyscy ludźmi, od których zdobywanie nauki w czasie okupacji lub żywe utrzymanie wiedzy zdobytej przed wojną wymagało dużych wysiłków. Wszyscy kochali wiedzę. Takich, którzy by się uczyli nie dla niej, ale dla stopni i dyplomu, chyba wcale wśród nas nie było. Nie było mody na ściąganie. Zresztą egzaminatorzy wymagali nie tyle szczegółów, ile zrozumienia rzeczy.
Ten nastrój tworzyli przede wszystkim wielcy uczeni, którzy też byli przeważnie znakomitymi wykładowcami. Wykładali nie tylko przedmiot, ale uczyli zapału do problemów naukowych i wprowadzali w etos naukowca. Sierpiński był wielkim dydaktykiem inaczej. Na salę nie patrzył. Mówił monotonnie do tablicy. Uczyliśmy
się z jego istniejącego, przedwojennego podręcznika algebry, a na wykłady przychodziło tylko kilkoro zapaleńców. Ćwiczenia prowadził sam. Przedstawiał zadanie i czekał chwilę, czy ktoś podejdzie do tablicy. Jeśli nikt — sam rozwiązywał, a potem proponował zadanie następne. Wyobrażaliśmy sobie, że gdyby kiedyś nikogo nie było na sali, ćwiczenia też by się odbyły. Zaliczał wszystkim,
kto tylko podsunął indeks. Był znakomity przy egzaminach i jako kierownik prac magisterskich. Kochał matematykę i jeśli student też cośkolwiek z niej rozumiał, był serdecznie ucieszony. Wybaczał niewiedzę. Nie lubił tylko odpowiedzi mętnych. Miałem okazję później, jako młody uczony siedzieć przy nim dwa razy z okazji jubileuszowych bankietów. Rozmawiał ze mną jak z dobrym znajomym, choć jestem pewien, że mnie ani nie identyfikował, ani z nikim innym nie mylił. W ogóle ludzi nie odróżniał od siebie. W budynku na Hożej była ciasnota. Jeden pokój dla kilku profesorów i ich asystentów, to była wtedy norma. Kiedyś spotkał przy swoim stole młodego Tadeusza Leżańskiego. Popatrzył na niego wnikliwie i zapytał grzecznie:
„A pan co tu robi?”. — „Jestem
pańskim asystentem, panie profesorze”. — „A to proszę, niech pan zostanie”. I od tego staruszka Sierpińskiego też wiele dało się przejąć.
Można go było serdecznie kochać tak, jak on kochał matematykę.
| |
| |
Index lectionum Konrada Rudnickiego
|
|
Ale powróćmy do astronomii. Tu wyjątkowo nie wykładał żaden ówczesny wielki. Profesor Michał Kamieński został przeniesiony na przymusową emeryturę, co było więcej niż nieporozumieniem, bo skandalem. A było to tak. Podczas wojny hitlerowski okupant zamknął wszystkie agendy uniwersytetów z wyjątkiem klinik i obserwatoriów astronomicznych. Kliniki były potrzebne w czasie wojny jako szpitale, a ktoś wmówił w hitlerowców, że obserwatoria astronomiczne też są potrzebne wojsku. Dawni kierownicy katedr astronomii na terenie Generalnego
Gubernatorstwa byli teraz zastępcami dyrektorów swoich obserwatoriów, zaś dyrektorem wszystkich został Niemiec Kurt Walter, który rzadko bywał w którymkolwiek z nich. Taką formalną pozycję zastępców dyrektorów podlegających wojsku obserwatoriów niemieckich mieli również Tadeusz Banachiewicz w Krakowie
i Eugeniusz Rybka we Lwowie. Za ich działalność okupacyjną spotkali się po wojnie z wdzięcznością. Uniwersytet Warszawski potraktował profesora Michała Kamieńskiego odmiennie. Nie mogąc mu zarzucić niczego, co by się nadawało do postawienia go przed sądem, uniwersytecka komisja dyscyplinarna dopatrzyła się uchybienia w samym
fakcie pełnienia przez niego funkcji w aparacie okupacyjnym i przeniosła go na emeryturę. W czasie moich studiów był więc prywatnym człowiekiem. Dopiero potem uzyskał etat w zakładzie Akademii Nauk. Kuratorem katedry astronomii był matematyk
Kuratowski. Działało dwóch adiunktów: Jan Gadomski (ma dziś krater na Księżycu!) i Janusz Pagaczewski. Obaj byli poza Warszawą. Prowadzili stację obserwacyjną Obserwatorium Uniwersytetu Warszawskiego w Przegorzałach pod Krakowem (obecnie dzielnica Krakowa). W Warszawie był starszy asystent doktor Włodzimierz Zonn i asystent magister Maciej Bielicki. Oni to prowadzili wykłady astronomiczne.
Zonn wykładał astronomię ogólną dla astronomów i ciekawymi wykładami przyciągał rzesze studentów fizyki i matematyki, dla których ten przedmiot był tylko jednym z kilku do wyboru. Na starszych latach prowadził dla astronomów wykłady astrofizyki, a na czwartym roku również seminarium. Mieszkał prowizorycznie w jednym pokoiku w budynku fizyki. Dla wykładów astronomii ogólnej przydzielono mu stosunkowo dużą salę. Dla wykładów astrofizyki w rozsądnych godzinach żadnej sali nie było wolnej. Wtedy doktor Zonn zdecydował prowadzić je w swoim pokoiku. Pokój był długi i wąski. Wyglądało to nieraz tak: pod oknem siedziała córka Lidia odrabiając cichutko lekcje, w środku pokoju przy kamiennym blacie pani Zonnowa gotowała obiad na palniku bunsenowskim (nie zapominajmy, że był to pokój instytutu fizyki), a przy drzwiach troje studentów astronomii słuchało wykładu samego Zonna lub uczestniczy ło w jego seminarium.
Zonn, będąc tylko doktorem, dostał wyjątkowo prawo egzaminowania z przedmiotów kursowych. Bielicki, będąc magistrem, nie mógł dostąpić zaszczytu samodzielnego egzaminowania. „Wyznaczanie orbit planet i komet” zdawałem w ten sposób, że pytał mnie wprawdzie on, ale egzaminowi przysłuchiwał się siedzący obok profesor — kurator Katedry Astronomii i ten wpisał mi ocenę.
| |
| |
Mgr Konrad Rudnicki przygotowuje do obserwacji teleskopy w Obserwatorium
Astronomicznym Uniwersytetu Warszawskiego w Ostrowiku
|
|
Na wydziale obowiązywało wolne studium. Kolejność słuchania przedmiotów i zdawania egzaminów wyznaczał sobie sam student. Można było w danym roku nic nie zdać, aby mieć podpisane w indeksie uczestnictwo w przepisanej liczbie godzin wykładów i ćwiczeń w trymestrach: jesiennym, zimowym i wiosennym. Studia magisterskie trwały przepisowo 4 lata. Kończył się właśnie trzeci rok powojenny, gdy ogłoszono, że wszystkich będzie obowiązywać do magisterium nowy przedmiot — Nauka o Polsce i świecie współczesnym. Można go będzie zaliczyć na podstawie kolokwium
do wakacji 1948 r. lub potem na zasadzie słuchania wykładu i egzaminu. Byłem w szale zdawania innych przedmiotów i zupełnie nieprzygotowany do odpowiadania z ideologii. Ale przerażała mnie konieczność żmudnego chodzenia na wykłady ideologiczne. Bez przygotowania zgłosiłem się na pisemne kolokwium. Były trzy tematy: pierwszy to ludność Polski w liczbach, czy coś w tym rodzaju, drugi — historyczny. W obu coś trzeba było naprawdę umieć. Na szczęście trzecim
tematem była reforma rolna. Tu wiedziałem, co wypada wiedzieć: byli biedni chłopi i byli źli obszarnicy. Jedni cierpieli biedę, drudzy sprzedawali ojczyznę. Ale przyszła demokracja ludowa i zaprowadziła sprawiedliwość. Rozwodniwszy to odpowiednio, miałem napisaną pracę na 4 stronice kancelaryjne. Oddałem i dostałem zaliczenie bez oceny.
Wszystkie egzaminy przedmiotowe zdałem w ciągu trzech lat. Na czwarty rok, oprócz uczęszczania na zajęcia dobrowolne, została mi tylko praca magisterska i takiż egzamin. Niestety z pracą miałem pecha. Chciałem ją robić z trójbarwnej fotometrii
| |
|
Gwoli dokumentacji historycznej podaję pełną listę wykładów i ćwiczeń
(kolejność, jak w indeksie), jakie zaliczyłem w ciągu 4 lat studiów. Około
połowa — to przedmioty do wyboru.
Astronomia ogólna (Włodzimierz Zonn) z ćwiczeniami.
Rachunek różniczkowy i całkowy (Kazimierz Kuratowski) z ćwiczeniami
— kurs dwuletni.
Geometria analityczna (Karol Borsuk) z ćwiczeniami.
Algebra wyższa (Wacław Sierpiński) z ćwiczeniami.
Teoria liczb (Wacław Sierpiński).
Rachunek liczbowy (Maciej Bielicki) z ćwiczeniami — kurs dwuletni.
Fizyka doświadczalna (Stefan Pieńkowski, wykłady rozpoczął Aleksander
Jabłoński przeniesiony rychło do Torunia) kurs jednoroczny z trzechletnią pracownią (pierwszą i drugą).
Astrofizyka (Włodzimierz Zonn) — kurs trzechletni.
Astronomia sferyczna (Maciej Bielicki) z ćwiczeniami — kurs dwuletni.
Ogólny kurs fizyki teoretycznej (Czesław Białobrzeski) kurs dwuletni z jednym
rokiem ćwiczeń.
Fizyka jądra atomowego (Andrzej Sołtan).
Spektroskopia (Władysław Kapuściński).
Elementy logiki matematycznej (Andrzej Mostowski) z ćwiczeniami.
Podstawy teorii mnogości (Andrzej Mostowski).
Przestrzenie zwarte (Karol Borsuk).
Geometria różniczkowa (Kazimierz Zarankiewicz).
Mechanika teoretyczna (Wojciech Rubinowicz) z ćwiczeniami.
Chemia ogólna i nieorganiczna (Wiktor Kemula).
Wyznaczanie orbit planet i komet (Maciej Bielicki) — kurs dwuletni.
Nauka o Polsce i świecie współczesnym (podpis nieczytelny).
Seminarium z astrofizyki (Włodzimierz Zonn).
Teoria mnogości (Wacław Sierpiński).
Równania różniczkowe (Witold Pogorzelski).
|
|
fotograficznej, wymyślonej zaraz po wojnie przez profesora Wilhelma Beckera.
Warszawskie obserwatorium w Przegorzałach miało instrumentarium tylko do wizualnych obserwacji gwiazd zmiennych. Zaprosił mnie do Poznania profesor Józef Witkowski. Tam był i teleskop (niestety refraktor), i jakieś filtry. Po kilku tygodniach wyszukiwania filtrów i wyznaczania ich charakterystyk za pomocą monochromatora okazało się, że niczego podobnego do trójbarwnej fotometrii nie da się z tego wykroić. Straciłem czas. Jako nowy temat podjąłem się wyznaczenia ekstynkcji nad obserwatorium poznańskim. Otrzymałem wynik sprzeczny z teorią. Ekstynkcja była większa w zenicie niż w pobliżu horyzontu. Czy było to realne zjawisko (smog?), czy moja nieumiejętność prowadzenia obserwacji, w każdym razie taki wynik ani przeze mnie, ani przez moich poznańskich i warszawskich opiekunów
nie mógł być uznany. Chwilowo straciłem chęć do obserwacji i podjąłem trzeci temat rachunkowy — wyznaczenie elipsoidy prędkości cefeid z nowego katalogu ich prędkości radialnych. Tym razem wynik kilkumiesięcznego kręcenia korbką na arytmometrze był pomyślny i wiarygodny.
| |
| |
Prof. Konrad Rudnicki nigdy nie bał się odstępstw od oficjalnie głoszonych prawd naukowych, o czym świadczyć mogą Jego wieloletnie związki z dysydencką Letnią Szkołą Kosmologiczną, gdzie usłyszeć można różne „kosmologiczne herezje”. Rysunek pochodzi z „Postępów Astronomii” nr 2/1994
|
|
Włodzimierz Zonn właśnie się wyhabilitował w Toruniu, to znaczy otrzymał godność docenta Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. W Warszawie był nadal starszym asystentem i jako taki ani pracy magisterskiej, ani egzaminu dyplomowego przeprowadzić nie miał prawa. Formalne przeniesienie jego veniam legendi do Uniwersytetu Warszawskiego musiało trwać. W tej sytuacji Uniwersytet Warszawski poprosił profesor Wilhelminę Iwanowską do poprowadzenia mojej pracy magisterskiej (co pani
profesor nieoficjalnie scedowała na Zonna), zarazem Ją i profesora Władysława Dziewulskiego (krater na Księżycu!) zaproszono do przeprowadzenia mojego egzaminu magisterskiego na Uniwersytecie Warszawskim. W praktyce nie oni przyjechali do Warszawy, ale ja wraz z Zonnem pojechaliśmy do Torunia. Był to czerwcowy dzień świętych Piotra i Pawła (który w tym roku po raz pierwszy nie był oficjalnym świętem państwowym). Pani profesor w pracy magisterskiej podkreśliła mi tylko
czerwono trzy błędy ortograficzne. Innych zastrzeżeń nie miała. Niespodziewanie
przy egzaminie byłem pytany również z równań różniczkowych, bo profesor Dziewulski uważał, że końcowy egzamin musi wykazać znajomość nie tylko astronomii, ale również innych przedmiotów należących do programu studiów. I tak wczesnym latem
1949 r. zostałem pierwszym powojennym magistrem astronomii w Polsce. Poprzedni polski tytuł magistra astronomii został nadany 9 lat wcześniej, już w czasie wojny, pannie Anieli Dziewulskiej w Wilnie.
Etatu dla mnie nigdzie nie było. Studia doktoranckie nie istniały. Byłem więc chwilowo bez zatrudnienia, ale za to bardzo mądry. Znałem astronomię, fizykę i matematykę. Bo chyba w ogóle najmądrzejszym się jest zaraz po magisterium. Obejmuje się całość wiedzy. Stąd też świetnie rozumiałem później świeżego absolwenta wyższej szkoły morskiej chwalącego się swoją wiedzą astronomiczną, gdy
on na zapytanie, jaki mieli program tej astronomii, odpowiedział dumnie: „całą teorię i do tego jeszcze zastosowania”.
Po półrocznym bezrobociu dostałem etat asystencki w Obserwatorium Astronomicznym Uniwersytetu Warszawskiego i wziąłem się za trzy tematy badawcze na raz, z których jeden przyniósł mi w trzy lata później doktorat. Ale doktorat już nie był tak
radosny jak magisterium, bo tymczasem spostrzegłem, że taki mądry to ja wcale nie jestem.
1 1 Kto jest ciekawy nazwisk i innych danych, zechce zajrzeć do mojego wspomnienia o Tadeuszu Wójciku (Urania 55, 23, 1984) oraz do artykułu Obserwatorium Astronomiczne na Dobrej Wodzie (tamże, 39, 357, 1968)
»» powrót
2 Z tej trójki do magisterium dociągnąłem tylko ja. Kolega przeniósł się potem na fizykę, koleżanka porzuciła studia dla pracy w balecie.
»» powrót
|
Autor jest emerytowanym profesorem astronomii Uniwersytetu Jagiellońskiego, ale ciągle czynnym wybitnym specjalistą w dziedzinie astronomii gwiazdowej i współpracownikiem wielu zagranicznych ośrodków astronomicznych
|
|
|